bzdury wyssane ze szczerego palca
Kategorie: Wszystkie | stamtąd | stąd | znikąd
RSS
poniedziałek, 15 lutego 2010
Mam.

Mam! Mam cel w życiu. Od jakiegoś czasu myślę nad możliwościami, jakie dają mi moje studia - tzn możliwość starania się o stypendium w takim projekcie i pisanie pracy magisterskiej z badań, które realnie przydadzą się światu i ich wyniki może kiedyś zostaną wykorzystane do opracowania przenośnika dla leków przeciwnowotworowych. Uooooo, robi wrażenie, przynajmniej na mnie, cholerne. Moje szanse ją niewielkie, ale są, zatem mam zamiar walczyć. No i to całkowicie zaprząta mój umysł. Wiem, że albo się uda, albo nie, ale ja tak bardzo chcę. Kurcze chyba nigdy niczego tak nie chciałam.

A jednocześnie tak bardzo chciałabym spokoju trochę. Czekam na wiosnę, na witaminę D, żeby iść i położyć się w przyjemnie chłodnej trawie i poleżeć tak trochę. Czuję, ze mój organizm dociera już do pewnych granic możliwości i potrzebuje wytchnienia - zauważyłam, że od tygodnia jem śniadanie o 13:00 - to przez to, że od rana się uczę, a jak się uczę, to nie mam czasu na jedzenie. A podobno najlepiej pracuje najbardzoej obciążony element.

W sumie racja. Ja jestem typem histeryka, co jest straszne, nie umiem w sobie tego zmienić - ciągle czuję presję wszystkich zadań, jakie na mnie ciążą, tak bardzo się wszystkim przejmuję, że nie wiem. Czasem wychodzi mi to na dobre, ale wiecie, ciągły stres doprowadzi mnie kiedyś do psychiatryka;P

20:10, beza.co.ma.zeza , stąd
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 stycznia 2010

Może tak właśnie miało być. Emocją, niepoprawnością, zachłannością - wprawiłam w ruch dziwną maszynę, która uległa w tym ruchu ulepszeniu. To dziwne uczucie - jednocześnie chciałam żeby tak było, ale też czuję takie kłucie - bo to nie JA jestem tym lepszym inżynierem (wiecie, niby wszystko ok, ale damn it!. To nie jest zazdrość sama w sobie, ale taka igła, która czasem kłuje bardziej, czasem mniej.

Jednocześnie w tym drugim, MOIM świecie, jest mi całkiem dobrze. Do cholery, wiele się nie zmieniło, ale ja czuję się lepiej. Może to z nim, z wodnikowym typem, miało być mi lepiej. To dziwne, czasami zmienia się niewiele, ale jednocześnie bardzo dużo. Różne punkty widzenia pojawiają się, rozłożone w czasie.

Przez siedem lat mieszkał w odległości 500m ode mnie, a ja nie zwracałam uwagi. Musiałam wręcz się o niego potknąć, żeby poczuć ten nagły wzrost temperatury.

A teraz jestem jak mała dziewczynka, boję się że On może się za chwilę skończyć, więc zachłannie, czerpię pełnymi garściami.

I nie żałuję. Jakbym nie wyciągnęła lepkich dłoni po kolejne garści, to całe życie nie poznałabym smaku prawdziwej czekolady.  - bo czekolada oczywiście jest najlepsza, najchętniej żyłabym na diecie czekoladowej:)

16:22, beza.co.ma.zeza , stąd
Link Komentarze (1) »
niedziela, 20 grudnia 2009
A niech diabli wezmą!

Pisałam już, że niecierpię niedzieli?

Do dupy jest. Zazwyczaj zaplanowana przemnienia się w siedzenie przed komputerem w celach naukowych. Aż głowa boli. Zawsze nagle się coś przypomni i  dzień "z dupy wzięty". Oczywiście, że pewne rzeczy trzeba robić na bieżąco, ale w tygodniu odkładam, w sobotę dochodzę do wniosku, że to jest dzień do życia i zdecydowanie nic nie będę robić - nic obciążającego mózg:). Aż tu nagle nastaje taka niedziela i trzeba wszystko na poniedziałek przygotowywać. I mężczyzna gdzieś sobie jedzie i mnie zostawia. A ja - naiwniak - czekam...

A niech diabli wezmą niedzielę.

18:21, beza.co.ma.zeza , stąd
Link Komentarze (1) »
środa, 18 listopada 2009
Para-dox.

W nagłówku biologiczny żart słowny (wyobrażam sobie jak ulicą idzie para doxorubicyn), ale nieważne, bo ludzie zazwyczaj nawet nie śmieją się z tych bio-żartów i wychodzę na głupka, tłumacząc nie raz, że "to miało być śmieszne". Z kolei jak się wpadnie w bio-żarty z przyszłymi biologami, to trudno wypaść i bywa, że pan profesor na wykładzie przerywa i proponuje wycieczkę do bufetu albo zamknięcie się.

I w ten sposób, jakoś tak dziwnie, bo przecież przez ponad miesiąc nie miałam czasu napisać nic, po strasznym dniu, zwyczajnie mam ochotę popisać, choć głowa mi się kołysze nad klawiaturą.

Dziś wstałam o 6:00 - ledwo, bo ledwo, ale dałam radę. Nawet w drodze na wykłady zdążyłam zboczyć i skoczyć po migawkę. Pierwszy wykład straszny, zamykają mi się oczy, robi się przyjemnie i ciepło, ale trochę lipa tak zasnąć, bo to wykład w małej grupce i wszystko widać. Generalnie dziś po zajęciach pojechałam z koleżankami robić sprawozdanie, tzn. one robiły, a ja zajmowałam czas psa - spaniela, czyli tarmosiłam go po całym mieszkaniu trzymając jeden koniec sznurka, a on drugi. Stanęło na tym, że pies wytarmosił mnie i to ja padłam z wywalonym językiem, a on miał jeszcze pełno energii. O 18:00 pojechałyśmy na wykład z ekonomii, bo ktoś wpadł na pomysł, że na  III roku biologii musimy mieć przedmiot humanistyczny. Nie mam nic przeciwko, tylko dlaczego o 18? J. została z psem, bo ma katar, chciałyśmy wpisać przy jej nazwisku na liście obecności A/H1/N1, ale kolega nam nie pozwolił. Podczas 1,5h wykładu, pan omówił jeden slajd, przy czym połowa slajdu była powtórką poprzedniego wykładu. Kurczę, jak facet biadolił. Za to w notatkach (aż na pół strony) mam powypisywane jego kwiatki, czyli: "zmonomolizował", "dymamy historię", "bilu gejtsu" i inne.

Nic dodać, nic ująć, idę spać.

22:39, beza.co.ma.zeza , znikąd
Link Komentarze (3) »
wtorek, 17 listopada 2009
Krótko i na temat...

... albo i nie na temat, bo ja tak mam, że często zbaczam z wyznaczonej drogi.

Trzeba mi zauważyć, że długo nic nie pisałam, bo zbyt dużo czasu zajmują mi studia i opieka nad mężczyzną, bo wiadomo: jak sie przyzwyczai, to sam nagle z niczym nie daje sobie rady. Wracając jednak do mojego braku czasu, to ostatnio podjęłąm kroki w celu zaradzenia temu jakże wielkiemu problemowi: zapisałam się do Koła Młodych Biofizyków i niedługo zacznę w przerwie zajęć i innych "wolnych" chwilach, chodzić za którymś z pracowników mojej katedry. Będę "podglądaczem", czyli zwyczajnie będę kogos wkurzać swoja obeccnością i patrzeć na ręce.  Jeśli mi się spodoba (temat prowadzonych badań, nie pracownik), to ów pracownik wtajemniczy mnie bardziej i "da mi dotknąć swoich pipet" - czyli może będę mogła porobić coś fajniejszego niz te cuda opracowane dla bezkształtnej masy studenckiej.

Co idzie za kołem, to komentarz mężczyzny: "Idź sobie na to kółko, idź, a ja zostanę sobie sam". Oh, jaki On biedny, takiego biedactwa świat nie widział;P

A dziś zrobiłam z siebie debila. Cóż, bywa. Oczywiście sprawozdanie robiłam na raty, zatem pół godziny przed zajęciami, krzyknęłam do mojej partnerki niedoli: "Ja kończe sprawozdanie, a ty sie ucz!" i rzuciłam jej przez korytarz skrypt. Tym super sposobem koleżanka zabłysnęła, a ja cicho stwierdziłam, ze dziś mam zły dzień, co pani doktor zrozumiała, bo się nami zachwyciła, kiedy na pierwszych zajęciahch powiedziałyśmy jej, od czego wywodzi się nazwa LASER (dla niewtajemniczonych: (Light Amplification by Stimulated Emission of Radiation). No i pani się zachwyciła. :)

Poza tym zdecydowanie piję za dużo kawy, ale choć dobrze wiem, ze nie powinnam, to piję, bo lubię. Po prostu lubię.

21:47, beza.co.ma.zeza , stąd
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 28 września 2009

Na ulicy pełno przechodniów - wszyscy się spieszą, nie patrzą na boki, nie zwalniają - jak konie z klapkami na oczach, nastawione tylko na dwie funkcje: 'naprzód' i 'omijaj przeszkody'. Choć godzina młoda, a niebo ma niepokojąco ciemne zabarwienie, nikt nie waży się spojrzeć w górę, a tam w górze dzieje się wiele, wiele ciekawych zjawisk, o jakich nigdzie jeszcze nie przeczytano. Barwy zmieniają w tempie, w jakim z zaciekawieniem mogłoby obserwować je ludzkie oko w podeszłym wieku, ale żadne nie obserwuje. Chmury pęcznieją, zmieniają kształty, przysuwają się do siebie i mieszają, kłębią się razem różnobarwne obłoki tworząc wielokolorowe przedstawienie. Akcja nabiera tempa, chmury kłębią się szybciej, coraz szybciej, mieszanina nabiera niemal jednolitej barwy i za chwilę znowu zwalnia, kolory się oddzielają. Obłoki dziela się na kilka mniejszych, rozdzielają zupełnie, a te mniejsze szukają sobie nowych towarzyszy do tańca, rozpoczynając od nowa cały cykl.

W tłumie galopujących przechodniów mała dziewczynka obija się ciągle o ich sztywne postawy, zupełnie jakby była z kauczuku. W jednej dłoni trzyma swoją ulubioną lalkę w śmiesznej sukience w groszki,  musi ją trzymać bardzo mocno, bo przechodnie popychają ją dość mocno i łatwo mogłaby zostać porwana przez tłum - gdzieś, naprzód, daleko. Dziewczynka jest trochę zdezorientowana, ale nagle zdecydowanie zatrzymuje się w miejscu, zupełnie przyrasta do chodnika i nie może oderwać wzroku. Na wystawie, za szybą, w której odbijają się wielobarwne grupy obłoków,  jest ona: na piedestale, wystawiona ponad wszystkie mniejsze, piękna, bielutka, puszysta, o ildealnym kształcie. W jednej chwili traci ją z oczu, przewracając się popchnięta przez wysokiego mężczyznę w ładnej, niebieskiej marynarce. Teczka wypada z rąk, rozsypują sie papiery i próbki materiału.

- Coś ty zrobiła, mała? Nie można tak stać na środku chodnika, tutaj chodzą ludzie.

- A..ale... ja... widział pan kiedyś TAKĄ bezę? - wykrztusiła, podnosząc się i wskazując na wystawę.

- Och... - zaczął, ale zrobił pauzę, bo trudno było mu mówić i robić coś jednocześnie,  a właśnie układał papiery w teczce. Spojrzał jednak po chwili dość intensywnie na wystawę.

- Przecież... to tylko pieczona piana...

I odszedł wartkim krokiem, nie oglądając się za siebie, a za nim ciągnął się tylko wzrok małej dziewczynki, stojącej pod wystawą sklepu, z miną co najmniej nie do opisania.

17:31, beza.co.ma.zeza , znikąd
Link Komentarze (4) »
wtorek, 22 września 2009
Wakacyjna paranoja.

Wakacje to jakiś dziwny czas, w którym głupieję. Nie umiem się porządnie na czymś skupić, zapominam słów, zawieszam się... Zwłaszcza po połowie września, kiedy już nie mam co robić i chętnie poszłabym na uczelnię i postresowałabym się jakimś kolokwium. Oczywiście stan otumanienia próbuję sobie jakoś wytłumaczyć, więc szukam czegoś, co mnie usprawiedliwi. Jednak... Nie. Wiek 21 lat eliminuje mnie jako potencjalną ofiarę otępienia starczego.

Nie ma usprawiedliwienia, trzeba się tylko wziąć w garść. Może późne wstawanie z łóżka tak rozleniwia? Kiedy jednak chcę przestawić swój umysł na tok naukowy - nie mogę. Rok akademicki już tup, tup, wielkimi krokami, a ja nie mogę myśleć o zajęciach, bo nie mam jeszcze planu! To jakaś paranoja, może gdybym miała poprawkę, nie wariowałabym tak.  Wchodzę na stronę wydziału każdego dnia, ale planu nie ma.

Wszyscy mają plan, a ja nie. Chociaż? Może są jakieś pozytywy? Taaaak, bo wszyscy mają plany i już na nie narzekają:) Jak mawiał mój polonista, każdy ma w sobie nutę egoizmu i nic tak nie podnosi na duchu, jak niepowodzenie innych.  Uff:P

 

A tutaj coś miłego dla oka i ucha:

 

12:06, beza.co.ma.zeza
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 września 2009
My, you tube i pogotowie kryzysowe.

Podobno żadna impreza nie może się obejśc bez oglądania głupot na you tube.

Nie ominęłyśmy tej części, o nie. Ale miło było też powspominać, pogadać o tym, co robią inni znani nam ludzie - lub, że nic nie robią. I patrzeć, jak rozlane piwo podchodzi już pod karton z bibelotami Grzyba, ale spoko, bo tam nie ma nic ważnego:)

Lubię, jak Panna M. się upija - wtedy bardzo dużo mówi, bez przerwy, to dla mnie naprawdę zabawne - ale w taki urokliwy sposób.

I znów skakałyśmy na jednej nodze przez przejście dla pieszych, w centrum Łodzi:)

Ja oczywiście, jak zwykle, spóźniłam się, ale tym razem było to wynikiem  nagłej misji do wypełnienia. Gdy już zbierałam się do wyjścia na nasze spotkanie, zadzwonił telefon i usłyszałam w słuchawce nosowy głos: "Ugotujesz mi obiaaaaaaad?" Cóż, nie miałam wyboru, musiałam zawrócić tyłek w odwrotną stronę i iść ugotować obiad biednemu,        27-letniemu choremu chłopcu. Przy okazji także nakarmiłam jego brata.

Haha, jak wychodziłam, czułam się jak pani z jakiegoś kryzysowego pogotowia. Gdy masz problem dzwonisz, taka pani wpada, gotuje obiad, razem jecie - nawet można prowadzić miłe rozmowy przy posiłku, po czym wychodzi.

Ale wiecie, przez żołądek do serca. Zobaczymy, gdzie mnie to zaprowadzi?

12:49, beza.co.ma.zeza , stamtąd
Link Komentarze (7) »
środa, 16 września 2009
A co mi tam!

Dopadł mnie kryzys.

Najlepsze jest to, że nie wiem co teraz napisać - to znaczy jak się wytłumaczyć. Wzbraniałam się z pisaniem bloga, miałam tylko możliwośc dorzucenia czegoś od siebie na 'do diabła', z czego    i tak rzadko korzystałam. Teraz doszłam do wniosku, że zrobię sobie blog, żeby mieć jakąś "ciekawszą" możliwość kontaktu z Panną M. i Grzybem, które niedługo wyjadą do innych miast.

Trzy, dwa, jeden... falstart:)

10:59, beza.co.ma.zeza , stąd
Link Komentarze (3) »